W pogoni za Husarią… i cieniem
Według mapy: 16 kilometrów. Według nóg: więcej. Według godności osobistej: nie drążmy tematu.
Są takie dni, kiedy rozsądny człowiek patrzy na prognozę pogody, widzi 37 stopni i mówi: „nie, dziękuję, ja dziś zostaję w cieniu”. My spojrzeliśmy na tę samą prognozę i uznaliśmy, że to świetny moment, żeby ruszyć na szlak.
W sobotni poranek sześcioosobowa ekipa wyruszyła fragmentem Szlaku Husarii Polskiej. Brzmiało dumnie, historycznie i bardzo romantycznie. Do mniej więcej pierwszego mocniejszego podmuchu gorącego powietrza. Potem romantyzm nadal był, ale już bardziej opalony.
Trasa prowadziła przez pola, leśne odcinki, spokojne drogi i miejsca, w których historia zagląda zza zakrętu. Gdzieś tam w tle była Husaria, wielkie wydarzenia i dawne czasy, a tuż obok my — z plecakami, wodą, telefonami i coraz większym szacunkiem do każdego drzewa rzucającego choćby skrawek cienia.
Cień tego dnia stał się osobną atrakcją turystyczną.
Każde drzewo miało rangę punktu widokowego, każda ławka wyglądała jak zabytek klasy zero, a chłodniejszy podmuch wiatru przyjmowaliśmy z wdzięcznością godną kronik królewskich.
Po drodze było dokładnie to, co w dobrej wędrówce być powinno: przyroda, trochę historii, trochę zabytków, trochę kurzu, trochę rozmów i ta charakterystyczna cisza, która pojawia się wtedy, gdy grupa idzie pod słońce i każdy prowadzi już wewnętrzne negocjacje z własnymi nogami.
Pierwotnie trasa miała liczyć około 16 kilometrów. I oficjalnie tej wersji możemy się trzymać. Nieoficjalnie jednak wiadomo, że kilometry w upale mają własne zasady fizyki. Rozciągają się, mnożą po cichu i pojawiają tam, gdzie mapa wcześniej udawała, że niczego nie ma.
Dlatego na końcu nikt już nie pytał, czy było daleko. Pytanie brzmiało raczej: „ile naprawdę przeszliśmy?”. Bo według planu było 16 kilometrów, według nóg trochę więcej, a według godności osobistej — zdecydowanie wystarczająco.
Ile naprawdę przeszliśmy?
Tego nie wie nikt. Ale godność osobista prosiła, żeby nie drążyć tematu.
Zmęczeni, rozgrzani, lekko przykurzeni i bogatsi o nowe doświadczenia dotarliśmy do celu. Bez koni, bez zbroi i bez skrzydeł, ale z poczuciem, że fragment Szlaku Husarii Polskiej został uczciwie sprawdzony w warunkach polowego wypalania człowieka.
Husaria może i przeszła tędy wieki temu, ale my też zostawiliśmy po sobie ślad. Głównie w kurzu, na zdjęciach i w pamięci mięśniowej.
A pierwsze, co zrobiliśmy po wszystkim?
Sprawdziliśmy, ile jeszcze kilometrów pokazały aplikacje.
Więcej zdjęć z rajdu można zobaczyć w galerii: zobacz galerię zdjęć .
Zdjęcia: Marzenna Łopata i Gosia Kajdańska-Schmidt.